Rillettes wieprzowe, czyli smalec na bogato

Wróciłam niedawno z 2 tygodniowych wojaży po ojczystych stronach i niech Was nie zmylą te piękne widoczki! To wcale nie były żadne urocze, sielskie wakacje. Przez te 14 dni skutecznie wyładowałam swoje akumulatory i po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że Polska to już od dawna nie moje środowisko naturalne. Tam jest mój dom rodzinny, moje korzenie, najbliższe mi osoby, tylko ja jakaś inna się stałam. Jakbym przez ostatnie lata czymś mechatym obrosła, lub przeciwnie – coś po drodze zgubiła i  przestała pasować do tej polskiej układanki.

Wybredna jestem jakaś, zdegustowana i krytyczna. Wielu rzeczy staram się nie zauważać, robić dobrą minę, ale wciąż uwiera mnie ta polska mentalność, od której już zdążyłam się odzwyczaić. Widok nieszczęśliwej, udającej uprzejmość  sprzedawczyni w osiedlowym sklepiku wcale nie poprawia mi humoru choć wiem, że prywatnie jest zupełnie normalną i miłą osobą. Starszy pan o lasce nagle przyspiesza tempa i kradnie mi koszyk sprzed nosa. Grzecznie czekam na swoją kolej, kątem oka widząc babcię obmyślającą plan przechytrzenia moich zamiarów ( gdzie do licha jej się spieszy? ).

Nieład na sklepowych półkach, zdechłe warzywa ( przyzwyczaiłam się do zraszanych sałat w 10 różnych gatunkach i ilości wprost kipiącej różnymi odcieniami zieleni ). I ceny – jak z Kosmosu ( kiedy coś jest mało popularne, trochę inne, to w naszym kraju musi być 3 razy droższe ). Pytam o kmin rzymski, a ekspedientka patrzy na mnie jak na dziwoląga, przybysza z innej planety. Przez chwilę tak się czuję – niczym pretensjonalny, zmanierowany ufoludek. Mówi, że jest kminek, a mnie z bezsilności swędzą palce, jakby zielone błonki między nimi wyrastały. Albo czułki na głowie. Stoisko z serami jest, delikatnie mówiąc, ubogie, ale nigdzie na świecie nie ma tak pysznych ogórków małosolnych! I żurku!

Smutno mi na widok rozbebeszonych śmietników i zmęczonych, brudnych twarzy złomiarzy. Wychodzę z psem, atakuje nas chmara bezpańskich zwierząt w ilości trzech kundelków. W Polsce psy same wychodzą na spacer. Homer się cieszy – ja niekoniecznie. Spotykam sąsiadkę i ucinamy sobie krótką pogawędkę. Jest ok, ale staram się unikać odpowiedzi na zbyt osobiste pytania. Zresztą, ona uważa, że  wie już wszystko. Nie lubię wścibstwa, badawczych spojrzeń i mało wyszukanych aluzji. Na pytanie: a gdzie to się wybieram – odpowiadam, że do filharmonii. Czasami jestem okropna! Coraz mniej się tym przejmuję. Z każdym kolejnym dniem atmosfera się zagęszcza. Obiad u Mamy smakuje najlepiej na świecie!

Uciekam z miasta do Koleżanki, którą znam od baaardzo dawna, którą lubię i dla której nigdy się nie zmienię. Niby tylko na jeden dzień, ale przez te 24 godziny żyjemy tak normalnie i prawdziwie. Świat taki piękny i spokojny. Chodzimy po polach, gadamy tak od serca, cały wieczór spędzamy przy zakrapianym grillu. Do późnej nocy wspominamy i głośno się śmiejemy. Jest miło i szczerze. Homer nawiązuje bliskie kontakty damsko – męskie, w ramach swojego gatunku, oczywiście.

W Polsce czuję się, jak u starej poczciwej babci, która mnie kocha, ale nie do końca rozumie. Wiem, że wkrótce znów będę tęsknić, mimo wszystko myślę o powrocie do mojego francuskiego domu.

Przepis na polskie „Rillettes”

pyszne mięsne smarowidło, taki smalec na bogato

  • 1 kg wieprzowego podbrzusza bez skóry i kości*
  • 500 ml wody lub rosołu
  • 1 cebula pokrojona w kostkę
  • liść laurowy i ziele angielskie
  • pieprz i sól do smaku, ewentualnie zioła: rozmaryn, tymianek, itp

* We Francji poitrine de porc, w Wielkiej Brytanii pork belly to bardzo popularne mięsko. Smaczne i tanie. W Polsce trudno znaleźć w sklepie.  Można zastąpić karczkiem, boczkiem lub łopatką.

  1. Mięso umyj i pokrój w kostkę.
  2. Wraz z cebulą wrzuć do garnka, najlepiej z grubym dnem. Zalej wodą / rosołem i dodaj przyprawy.
  3. Gotuj długo, około 2 – 3 godziny na wolnym ogniu. Pod koniec gotowania odkryj garnek, aby odparować nadmiar wody.
  4. Mięso musi być miękkie, rozlatujące się, a tłuszcz wytopiony. Kiedy rillettes będzie gotowe, przełóż je do słoika. Przechowuj w lodówce. Możesz pasteryzować w mniejszych słoiczkach. Smacznego!

Z gościnnym udziałem 18 godzinnego chlebka Jima Lahey.

Przepis od Mamy mojej koleżanki Dorotki

Reklamy

17 thoughts on “Rillettes wieprzowe, czyli smalec na bogato

  1. Rozumiem jak się możesz czuć wracając na polskie podwórko po dłuższej przerwie. Mam to samo, tylko w nieco mniejszej skali, gdy wracam do rodzinnego miasta. Niby Warszawa wcale nie jest taka hej do przodu i mega europejska, a ja wcale nie pochodzę z wioski zapomnianej przez mapy, a i tak dysonans jest spory. Tak więc rozumiem.
    A za rillettes muszę się wziąć, bo niezdrową miłością do wszelkich tłustych smarowideł pałam.
    No i fajnie, że już wróciłaś 🙂 Ściskam Cię wirtualnie na powitanie 🙂

    • Cieszę się Centko, że napisałaś ten komentarz, szczególnie jako pierwsza. Przyznam, że trochę bałam się reakcji i dość ostro ocenzurowałam ten tekst przed publikacją. Lepiej nie wsadzać kija w mrowisko ;- )
      Buziaki! :-*

      • No bo krytyka krytyce nie równa. Czym innym jest nieuzasadnione narzekanie, szkalowanie i nieustanne wzdychanie, „że w tej Polsce to nigdy nic nie może być dobrze”. Jak coś takiego słyszę, to mam ochotę rozszarpać gołymi rękoma.
        Czym innym natomiast jest zauważanie i nazywanie po imieniu rzeczy, które odstają od dobrych wzorców i to odstają bezpodstawnie – bo, owszem, na dobrą infrastrukturę trzeba pieniędzy, ale już ludzka życzliwość jest darmowa, a kultura osobista wymaga tylko odrobiny dobrej woli.
        Tak więc wsadzaj kij w mrowisko do woli, bo czasem światu trzeba troszkę pomóc, by się zmienił na lepsze 🙂

  2. Ja odczuwam to dokładnie tak, jak Ty. Czuję, jakbym się poruszała w zbyt ciasnych ramach, i co zrobię krok, to się przestrzeń dziwnie szybko kończy.
    I ten brak świeżych soków w sklepach…. a jeśli już jest to jeden, w mikro buteleczce za 5 zł, zamiast całych półek/chłodziarek w litrowych butlach….
    ehhhh.

      • Ha, domowy kompot to co innego, owszem, można. Ale też nie zawsze, bo sok świeżo wyciskany ma jednak więcej wartości od gotowanego. Ale to prawda, generalnie reakcje w społeczeństwie są takie, jak mówisz. Uważam, że to jest tak, że im więcej się poznaje, tym więcej się oczekuje. Nie wychodząc ze swojego pokoju można by do końca życia jeść chleb z pasztetową, i być całkiem zadowolonym, nie oczekując od życia nic więcej. Moja koncepcja życia jest jednak inna. Na szczęście. I Twoja jak widzę też 🙂

  3. trochę mi jednak przykro…
    jakby nie było „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…” 🙂
    u mnie depresyjnie się robi jak wracam ze „świata”, jak się w tym zaścianku siedzi – człowiek się trochę przyzwyczaja…

    • Pluszowepapiloty – miałam na myśli raczej „ludzką, mentalną zaściankowość”. Nie da się załatać dziur na drodze samą siłą woli, ale na wzajemne stosunki, szacunek, uprzejmość i tę specyficzną jakość życia jednak mamy wpływ. Wracasz ze świata, naładowana pozytywną energią, a ktoś Ci wbija szpilę, z zazdrości, żeby Ci czasem nie było lepiej – o to mniej więcej chodzi.

  4. I ja czuje podobnie jak Ty… Nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia czy po prostu po jakims czasie czlowiek zaczyna wyrazniej widziec te wszystkie roznice… Brak kultury na drogach, brak pewnych skladnikow w sklepach, czy chociazby brak podjazdow w sklepach (do mojego ulubionego empiku w moim rodzinnym miescie nie sposob bylo wejsc z dzieckiem w wozku). Mimo to lubie tam jezdzic bo tam mieszka moja rodzina…

    Pozdrowienia.

    P.S. Moj brat (mieszkal przez dluzszy czas w Irlandii) mowi, ze Polska to „dziki kraj” 🙂 I niestety czesciowo misze sie z tym zgodzic 🙂

    • Ja też lubię jeździć do Polski. Mimo to widzę tych pijaczków, obleśnych facetów sikających w bramie, czy w parku. Widzę te przeładowane, lub spalone pojemniki na segregowane odpady, którymi rzadko ktoś się zajmuje. A słowo „proszę” wypowiadane przez ekspedientkę zawiera w sobie czasem tyle łaski, że odechciewa się dziękować. I wiele innych rzeczy. 😦 Na szczęście są też dobre strony, a przede wszystkm wspaniali ludzie, przyjaciele i kochająca rodzina 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  5. z wszytskim się zgadzam, to samo odczuwam. I tęsknię jak cholera za tymi widokami jak na Twoich zdjęciach. A o tęsknocie za pasztetem i ogórkami małosolnymi nie wspominam nawet…:) Pozdrawiam

  6. Obecnie przebywam we Francji na granicy Szwajcarii. Rok temu bylo podobnie. Nie chce wracac do Polski, ale musze, juz za miesiac. Nie mam innego wyjscia. W zeszlym roku zapadlam na krotka depresje, kiedy pod koniec pobytu musialam wracac do Polski. Masz racje, ja takze czuje sie calkowicie wyobcowana, tyle tylko ze nawet rodzina mnie tam zupelnie nie ciagnie (z roznych powodow). Kiedy wracam do Polski, mysle sobie – nie mam do kogo ani do czego wracac. Ile bym dala zeby mieszkac na obczyznie, we Francji czy Szwajcarii, czy nawet Wlk. Brytanii czy Ameryce. Mierzi mnie ta polska mentalnosc, te polskie tanie widoczki ktore my uwazamy za cud natury, a nie potrafimy wlasciewie zagospodarowac (vide Zakopane a Slowacki Raj), ci smutni ludzie wygladajacy na ulicach jak zebraki, ten smutek i ponuractwo, i szarosc, szarosc, ciagle szarosc… Dlaczego mam marnowac swoje zycie w dennym kraju – tylko dlatego ze tutaj sie urodzilam? Zycie jest tylko jedno. Czy ktos mi podziekuje, ze cale zycie przezylam i zmarnowalam w tym swoim smutnym kraju? Ze dostaje ochlapy za uczciwa prace, ktora wykonuje? Ze te ochlapy nie pozwalaja mi sie samej utrzymac? Alez jest rozwiazanie w polskiej mentalnosci – znajdz sobie meza, to glodowac nie bedziesz… przynajmniej sama. Co z tego bede miec? Nie dziwie sie emigrantom, ktorzy smieja sie z nas, durnych mrowek, i ciesza sie swoim zyciem na obczyznie. Byc moze tam mogli sie w pelni zintegrowac z tym rodzajem zycia, ktore za granica sie wiedzie. Szczesliwszym, radosniejszym, NORMALNIEJSZYM, a nie tylko szarosc i te marne zarobki, i to ubostwu mentalno-kulturowe, cywilizacyjne, i ten strach przed przyszloscia, za ktora my nie wygladamy jak za wyzwaniem, ale ze strachem w oczach…

    • Dzięki Twojemu komentarzowi przeczytałam mój wpis sprzed dwóch lat i co teraz myślę?
      Różnie w życiu bywa, ale jedno wiem na pewno – mój powrót do Polski to będzie ostateczność. Z każdym rokiem pobytu na emigracji, choć nie jest zawsze miło i kolorowo, utwierdzam się w przekonaniu, że wyjazd to była najlepsza decyzja. Trochę to smutne, ale niestety prawdziwe. Życzę Ci szczęścia, KillBill’u 🙂 Pozdrawiam!

  7. Dziekuje! Ja takze zycze Ci szczescia, gdziekolwiek bedziesz, i wielu pysznych rillettes. Ja wlasnie jednym sie obiadam (z kurczaka), wprawdzie z francuskiego Carrefour’a, ale pyszne i tak, z baietka i tomates allonges 🙂

Don't be shy, leave a comment :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s